• 28 października, 2017

Plawecki: „Chce walczyć z najlepszymi…” – wywiad

Plawecki: „Chce walczyć z najlepszymi…” – wywiad

We wrześniu Łukasz „Boom Boom” Plawecki po raz drugi w swojej karierze wywalczył pas mistrza świata. Poprzednio sztuki tej dokonał zaledwie 10 miesięcy wcześniej. W planach ma już kolejne wyzwania, walki o poważne trofea oraz udział w prestiżowym turnieju w Chinach.

Wywalczyłeś tytuł mistrza świata na gali w Nowym Sączu, w hali MOSiR-u szczelnie wypełnionej publicznością, ale nie wszyscy wiedzą, że towarzyszyły temu dodatkowe okoliczności poza walką. Miałeś naprawdę sporo pracy.

Łukasz Plawecki:

Ciążyła na mnie dodatkowa presja, bo byłem osobą decyzyjną przy organizacji całej gali. Musiałem wielu spraw dopilnować, prowadzić rozmowy, doglądać szczegółów, to naprawdę mocno mnie zajmowało. Ponadto, jako trener walczących tam zawodników byłem odpowiedzialny za ich taktykę i towarzyszyłem im w szatni.

Co do mojego pojedynku, to aż byłem zaskoczony, że tak dobrze sprawdziła się obrana taktyka. Dokładnie jak chciałem, do tego skończyłem efektownie.

Podczas gali była świetna atmosfera, działo się to w moim mieście, więc spełniłem swoje marzenie z dzieciństwa. Wywalczyć tytuł mistrza świata na tak zwanym  własnym podwórku, tu gdzie się wychowywałem. Oglądali mnie z bliska, dopingowali również i wspierali moi najbliżsi, rodzina, przyjaciele, wielu kolegów.

Po walce jeszcze przez 1,5 godziny w hali było sporo ludzi, rozmawialiśmy, robiliśmy wspólne zdjęcia. Wielkie przeżycie, do tego wygrałem ręcznie robiony, unikatowy pas, który przyleciał do mnie prostu z Azji. Wspaniała pamiątka, tego ważnego dla mnie wydarzenia.

Presja była, wszystkie oczy skierowane w walce wieczoru na Ciebie, oczekiwania ogromne, ale to chyba jeszcze bardziej Cię zmotywowało w ringu, dawało dodatkową motywację do zwycięstwa?

Łukasz Plawecki:

Przez wszystkie lata mojej kariery zawodniczej nauczyłem się odwracać stres na swoją korzyść. Można się zastanawiać, a co by było gdybym przegrał? U mnie wychodzi tak, że im większa presja, tym mocniejsza motywacja. Podczas walki skupiałem się na swoim przeciwniku, bardzo chciałem wygrać.

Nie był to łatwy rywal, bo aż 20 centymetrów wyższy i atakujący kolanami, a przy takiej różnicy wzrostu to groźna broń. Gdybym zaryzykował bijatykę, to pewnie źle by się to skończyło, ale czułem się dobrze, zrealizowałem taktykę, zaskoczyłem nią przeciwnika. Jest sukces.

Jak duży wpływ na twoją postawę miała ubiegłoroczna walka w grudniu, kiedy po raz pierwszy zdobyłeś zawodowy tytuł mistrza świata i to w najstarszej organizacji kickboxingu na świecie?

Łukasz Plawecki:

Oczywiście byłem mocniejszy. Każda walka mi coś daje, pomaga nauczyć się czegoś nowego i na przyszłość lepiej poukładać sobie pojedynek w głowie. Mój rywal wtedy był bardzo mocny, walczył w najlepszych organizacjach na świecie,  a do tego atmosfera była bardzo medialna, transmisja na żywo i ciągła obecność kamer.

To była cenna lekcja, zwłaszcza ta otoczka. Wtedy udało mi się wygrać po 5 ciężkich rundach, więc dzięki temu doświadczeniu teraz było inaczej. Nie miałem przeświadczenia, że może to być tylko jednorazowa sprawa, bo przecież to była moja druga walka o pas mistrza świata.

Plawecki

Twoja kariera zawodowa szybko się rozwija. W 2013 roku zdobyłeś pierwszy tytuł mistrza Polski, a już cztery lata później zaliczyłeś drugi tytuł najlepszego na świecie. To efekt wielkiego talentu?

Łukasz Plawecki:

Uważam, że ja mam talent do ciężkiej pracy. Lubię harować na treningach, cały czas poszerzam zakres swojej wiedzy, dużo czytam i uczę się.

Nieustannie coś udoskonalam. Czy to była krótka droga od jednego, do drugiego tytułu? Nie rozdrabniam się, idę po kolejne walki. Jak już jedną mam zaklepaną, to szukam potwierdzenia następnej.

W 2016 roku stoczyłem 9 pojedynków zawodowych.To bardzo dużo. Zwłaszcza, że należy pilnować wagi, niejednokrotnie zrzucać ją przed walką. Moja dobra postawa skutkuje tym, że jestem zapraszany na kolejne gale.

Inwestuje w siebie, dbam o swój wizerunek, jestem aktywny w mediach społecznościowych. Ludzie to zauważają, wiedzą co się u mnie dzieje, poznają kolejne sukcesy i dokonania. Dzięki temu mogę też tak często wchodzić do ringu.

Zrzucanie wagi przed walką to ciężki proces. Nie boisz się przy tym o swoje zdrowie?

Łukasz Plawecki:

Ważę się codziennie. Nie mam okresów tak zwanego rozluźnienia, odpuszczenia diety czy rygoru. Spisuje wszystko co zjem, uwzględniam kalorie, białka, tłuszcze, węglowodany, szczegółowo według gramatury. Notuję ile litrów wody wypijam danego dnia.

Działam w precyzyjny sposób, układam dietę, współpracuję ze specjalistami i dobrze znam swój organizm.

Na co dzień ważę 83-85 kilogramów, więc do limitów walki musze zrzucać około 10-12. Najpierw przy pomocy diety i treningu, na koniec odwadnianie.

O zdrowie zawsze są obawy, ale dbam o siebie, prowadzę się profesjonalnie i porównując to do niezdrowego sposobu życia wielu ludzi, to raczej oni są bardziej narażeni na negatywne skutki, niż mi zaszkodzi robienie wagi.

Aby udźwignąć taką ilość walk i ciężki trening trzeba być profesjonalistą i monitorować organizm.

Twój bilans zawodowych pojedynków, czyli 18 zwycięstw, 13 porażek i 1 remis wskazuje, że idziesz na całość i zupełnie nie kalkulujesz, aby mieć piękne statystyki. Czy to taktyka wszystko albo nic?

Łukasz Plawecki:

Nie hoduję rekordu, nie zależy mi na tym, aby był efektowny. Przyjmuje dobre walki, tylko te będące wyzwaniem sportowym.

Pieniądze nie są na pierwszym miejscu, bilans pojedynków również. Chcę walczyć ze światową czołówką, bo pokazując się tam dobrze, będę dostawał kolejne poważne szanse. Mam zamiar się mierzyć z najlepszymi, to jest cel zawodnika.

Plawecki

Sam sobie jesteś trenerem, tak ci wygodniej, czy po prostu taki masz charakter?

Łukasz Plawecki:

Na początku nie miałem wyboru, bo nasz trener Andrzej Śliwa wyjechał za granicę i właściwie zostawił nam klub pod opieką. Wiele lat jeździłem również na zajęcia do trenera kadry narodowej, ale przez różnice kilometrów zrezygnowałem.

Szkoleniowiec powinien być na co dzień przy zawodniku, a nie z doskoku, bo wtedy to bardziej konsultacje niż prowadzenie. Odkryłem w sobie potencjał do bycia trenerem, wychodzi mi uczenie innych, więc sam też kieruje swoimi przygotowaniami.

Mam taki mały sztab, fizjolog,  określający mi obciążenia dla organizmu, pomaga mi dietetyk, a raz w tygodniu jeżdżę na Słowację, do trenera specjalisty od techniki. Jakoś sobie to wszystko układam.

Czego nauczysz się i sprawdzisz na sobie, to przekazujesz później swoim podopiecznym? Dobrze ci to wychodzi, skoro dwukrotnie byłeś nagrodzony przez ministra sportu za osiągnięcia trenerskie.

Łukasz Plawecki:

Mam nadzieję. W ogóle wydaje mi się, że mam większe predyspozycje do trenerki niż bycia zawodnikiem. Można powiedzieć mam oko. Potrafię celnie ocenić potencjał zawodnika. Te nagrody wydają się to potwierdzać, ale to zasługa moich podopiecznych, bo to oni wywalczyli sukcesu, a mi za nie wręczono statuetki.

Przekazuje im to, co sprawdziłem na sobie, testuje nowości, które później im wprowadzam do treningu. Daje im skuteczne sposoby. Cały czas się dokształcam, jeżdżę na różne seminaria, podpatrywałem trenerów między innymi w Holandii czy Tajlandii. Trzeba się rozwijać.

Skoro lepszy z ciebie trener niż zawodnik, to czekamy na mistrzów świata spod twojej ręki.

Łukasz Plawecki:

Liczę na to, że będą mieli mistrzowskie osiągnięcia, konkretne tytuły. Mam dobrą ekipę młodych wojowników w wieku 19-20 lat, którzy już stoczyli po kilkanaście walk zawodowych.

Latają po świecie, biorą udział w dużych turniejach. Ja w ich wieku dopiero stawiałem pierwsze kroki, oni już mają wiele za sobą. Jak patrzę na ich losy i przypominam sobie swoje, to inny świat.

Myślę, że ich duże sukcesy to tylko kwestia czasu, ciężka praca da im szansę, a oni będą gotowi ją wykorzystać.

Plawecki

Ostatnio w naszym kraju bardzo popularne jest MMA. Widzisz tam siebie?

Łukasz Plawecki:

Próbowałem w 2010 roku. Stoczyłem dwie walki amatorskie, trenowałem dwanaście miesięcy. Muszę przyznać, że w cyklu tygodnia zawsze czekałem na elementy z moich dyscyplin, nie specjalnie lubię szkolić się w technikach parterowych.

Jeśli coś mi się nie podoba, to nie robię tego na siłę, wolę skupić się na tym, co rzeczywiście daje mi satysfakcję. Owszem jest tam dużo pieniędzy obecnie, robi się wielkie show, ale to nie dla mnie. Choć taką sekcję w klubie mam.

Jak oceniasz pewną, niemal stałą już formułę w polskim MMA, pojedynki celebrytów?

Łukasz Plawecki:

Z punktu widzenia zawodowca, jeśli celebryci naprawdę przygotowują się do walk, dają z siebie wszystko, traktują to na poważnie, to niech są częścią takiej gali. Jestem zdania, że nawet pojedynek policjanta ze strażakiem jest odpowiedni, jeśli ludzie chcą to oglądać.

Zajmuje się promowaniem swoich podopiecznych, organizuje poważne gale, więc wiem jak to wygląda od wewnątrz. Sporty walki mają swoją publiczność, trudno przyciągnąć przysłowiowych Janusza i Grażynę.

Mówiąc żartobliwie, oni chętniej przyjdą oglądać pojedynek braci Mroczek niż utytułowanych zawodników. Takie akcje przyciągają publiczność, która płaci za bilety  i wszyscy są zadowoleni.

Jedyni z brakiem uśmiechu mogą być wysokiej klasy wojownicy, często występujący w walkach przed takimi atrakcjami, ale cóż poradzić, taki jest ten biznes.

Mając 30 lat warto zastanowić się nad przyszłością. Jak długo chcesz jeszcze wchodzić do ringu?

Łukasz Plawecki:

Założyłem sobie górną granicę, jako 40 lat. Jak często będę walczył? Dalej chcę brać tylko dobre walki, na dużych galach i poważnych turniejach. Nie wiem, jak długo będę w stanie utrzymać takie tempo, ale myślę o 4-5 latach . Później na nowo się zastanowię i obiorę dalszą strategię.

Może wtedy będę toczył 1-2 pojedynki rocznie, aby się do nich na spokojnie przygotować. Cały czas pracuję na swoją emeryturę. Zdobywam kolejne osiągnięcia, które traktuje jako inwestycję.

Jak zaplanowałeś sobie końcówkę tego roku i początek przyszłego? Dużo będzie się działo?

Łukasz Plawecki:

Już 4 listopada będę walczył dla irlandzkiej grupy Celtic Gladiator, która zaplanowała galę w Nowym Sączu. Zmierzę się w walce wieczoru z włoskim zawodnikiem, a stawką pojedynku będzie pas mistrzowski tej organizacji.

Następnie 16 grudnia, tak na 99% zawalczę o tytuł MFC w Nowej Soli. Gdyby udało się odnieść dwa zwycięstwa, byłbym pierwszym zawodnikiem polskiego kickboxingu, który w 4 miesiące wywalczyłby 3 pasy mistrza świata.

Na początku roku wybieram się do Chin, na turniej Kunlun. To już moje piąte do niego podejście, więc chciałbym coś wygrać, myślę o półfinale ale po cichu liczę na finałowe starcie. To byłoby również spełnienie jednego z moich największych sportowych marzeń.

Źródło: sądeczanin.info

Michał Śmierciak (m.smierciak@sadeczanin.info)